Lalkowy czar PRL - u, czyli szczęśliwe dzieciństwo

Oj będzie sentymentalnie, baaaardzo sentymentalnie. Radzę co wrażliwszym osobom  w tuzin chusteczek się zaopatrzyć. Ale do rzeczy.
Miały lata PRL - u swój urok. Bo gdzieś pomiędzy: reglamentowanym solonym masłem, kartkami na mięso, stanem wojennym, wydzielanymi tabliczkami czekolady i niebotycznymi kolejkami po papier toaletowy; własnie gdzieś pomiędzy czarnym absurdem były kolorowe dni szczęśliwego dziecka dalekie od polityki.
W te dni przebijały się smaki i zabawki z tamtych lat, choćby takie jak:
- guma Donald zawinięta w celofanowe historyjki kaczora i myszki Miki
- wata cukrowa (oj jak dawno nie jadłam!)
- ciepłe lody (oddam królestwo i wszystkie lalki za te ciastka)
- miętowe pudrowe pastylki (zamorduję tego co zaprzestał ich produkcji i każdy sąd mnie uniewinni)
- gumę do żucia w kształcie papierosów (znalazłam sklep, gdzie dalej są w sprzedaży)
- wodę gazowaną z saturatora i oranżadę w plastykowych woreczkach (najczęściej służyła do tego, aby rzucać nią z okna w przechodniów )
i jeszcze wiele, wiele innych smaków. Codzienność rysowała się bowiem bardziej kolorowo niż to można przeczytać w książkach do historii. Były gry w klasy i gumę, randki przy trzepaku, harcerskie obozy, nocne podchody i były też nietuzinkowe zabawki. Ciekawe, czy jeszcze je ktoś pamięta?
Choćby kota w butach w kapeluszu i pelerynie z gumy, plastykowe autka i koniki na kółkach.


Muzeum Zabawek i Zabawy w Kielcach

Innego kota z tułowiem w harmonijkę. Po jakimś czasie przestawał piszczeć przy zgniataniu, za to robił wydech i można go było używać jako pompki.


Muzeum Zabawek i Zabawy w Kielcach

Plastykowego misia, metalowe ptaszki i zajączki nakręcane kluczykiem by chodziły, kalejdoskop, bączka i maskotki z dobranocek.


sklep spod lady.pl


sklep spod lady.pl


Klik - klaki, przykład na to, jak niewiele do szczęścia dzieciom potrzeba. Ta zabawka do niczego nie służyła, poza tym, że wydawała klekoczący dźwięk, ale sprawiała taką radochę, jakby była ze złota.


sklep spod lady.pl

Dwie myszy w pudełku - równie jak wyżej funkcyjna zabawka.


to już z moich zbiorów


Małe plastykowe klocki (lego niech się przy nich schowa pod łóżko). Wszystkie uwagi w dzienniczku zawdzięczam tej zabawce - notorycznie się nimi bawiłam w szkole co doprowadzało do szału nauczycieli.


Muzeum Zabawek w Karpaczu

Gumowe figurki okropnie śmierdzące, takie ówczesne Kinder niespodzianki, z podstawką, którą można było założyć na ołówek. Całe kieszonkowe wydawałam na nie i na żołnierzyki.


Muzeum Zabawek w Karpaczu


Muzeum Zabawek w Karpaczu


Muzeum Zabawek w Karpaczu


Muzeum Zabawek w Karpaczu

Ja zbierałam żołnierzyki, a moja siostra plastykowe zwierzęta z zoo. Miała ich sporą kolekcję.


Muzeum Zabawek w Karpaczu


Autka na resorach wersja lux z zasilaczem na baterie połączonym z samochodem kabelkiem i metalowe wyścigówki. Te auta przechodziły testy na placu budowy i dawały radę. Wyprodukowany w Chnach współczesny model BMW odpadł by w przedbiegach w starciu z fiatem 126 P z lat 80 - tych.


Muzeum Zabawek i Zabawy w Kielcach

Muzeum Zabawek w Karpaczu

Co jeszcze pamiętam z zabawek? Radziecką maszynę do szycia, kuchenkę dla lalek z zestawem garnków i konika na biegunach.







No mówiłam, mówiłam że będzie sentymentalnie! Nie ryczeć mi tu, bo się Wam spięcie zrobi na kompie. Zróbta sobie herbatkę z melisą na uspokojenie i kończymy sentymenty. Co jeszcze z zabawek? Kostka Rubika (do dziś dnia nie umiem jej ułożyć, za to nie ma dla mnie trudnych tangramów), pchełki i bierki oczywiście.


sklep spod lady.pl


sklep spod lady.pl







A zapomniałabym - pieski kiwaczki z ruszającymi się głowami, które jeździły w każdym autobusie, pekaesie i w każdej taksówce. I na koniec zabawki z kościelnych odpustów.





Muzeum Zabawek i Zabawy w Kielcach


Poza zabawkami była cała masa lalek. Trzeba by poświęcić im trochę uwagi. Na podstawie posiadanych lalek zawierało się znajomości i przyjaźnie. Były wśród nich obiekty westchnień i nieprzespanych nocy. Za moich czasów obiektem tym nie była wyglądająca z wystawy Pewexu Barbie. Na przełomie lat 70 - tych i 80 - tych nie cieszyła się jeszcze popularnością; szał na nią przyszedł trochę późnej. Wtedy najbardziej pożądane były:
- duże lalki radzieckiej produkcji, które chodziły za tobą krok w krok gdy się je prowadziło za lewą rękę
- lalka bobas murzynek zapewne za sprawą elementarza.
Sadząc po lalkach jakie miałam za czasów dziecięcych, to według niektórych koneserów byłam bardzo szczęśliwa. Odbyłam kiedyś taką rozmowę z osobą zawodowo zajmującą się zabawkami z lat 70 - tych i 80 - tych.
- A ruską wielką lalkę miałaś?
- Ha, nawet dwie
- Uuu, to byłaś bogata
- Nie odczułam jakoś ...
- A murzynkę?
- Miałam
- Ruskie lalki i murzynkę? Musieli Cie rodzice bardzo kochać
- Byłam bardzo grzeczna i niesamowicie mądra, to dlatego
- ???
i to był koniec rozmowy. Prawda wygląda trochę inaczej. Nie byłam ani taka mądrą ani aż tak grzeczna. Strasznie bogata też nie. Ale radzieckie lalki posiadam sztuk dwie !!! Zachowały się do dziś, jednakże to łut szczęścia sprawił, że byłam posiadaczką wymarzonych przez inne dzieci lal. Z racji swojej pracy tata latał do ZSRR bardzo często, zakupy mógł robić bez ceregieli, bez kontroli i cła. Na dodatek jestem posiadaczką starszej siostry, więc kiedy jej się dostała taka lalka następnym razem musiał przywieść i dla mnie. I takim to cudem mieszkają ze mną do dziś Ala i Ola. Tak wiem baaardzo oryginalne imiona.





Ala była mojej siostry, ma 73 cm, Ola jest mniejsza - 68 cm. Ala chodzi prowadzona za rączkę i umiała tylko płakać, Ola nie ma mechanizmu w rączce za to płakała gdy się ją kładło i mówiła mama gdy się ją podnosiło. Dziś już nie wydaje dźwięków  Po kilku tygodniach w skutek eksploatacji  mechanizm przestał funkcjonować, a właściwie funkcjonował nadal, ale dźwięki jakie projektował nie przypominały ani słówka mama ani płaczu dziecka a raczej odgłos jaki wydaje kot mojej siostry gdy mu nadepnę na ogon. Bawiło mnie to tak niemiłosiernie, że mechanizm wyczerpał się w przeciągu następnych kilku tygodni. Standardowo ubrane były w halkę - taki podkoszulek połączony od razu z majtasami. Sukienki się nie zachowały, lalki najczęściej chodziły brane w nasze niemowlęce ciuchy.
Lalkę murzynkę natomiast dostałam od mamy. Była trudniej dostępna i droższa od innych lalek; pewnie mama nie chciała być gorsza od taty i dlatego mi ja kupiła. Na imię ma Bambo i w ten sposób wyczerpałam zasób imion z elementarza. Bambo należy do trzech lalek, które były przeze mnie bardzo maltretowane. Pierwsze to moje uwielbienie do robienia lalkom zastrzyków (wiecznie były chore). Jemu dostawało się najczęściej, bo pozostałe dwie są z twardego plastyku, on zaś z miękkiego. Nie ma sygnatury, ale te lalki produkował Kalisz i Łódź. Dawno temu zrobiłam mu strój z frędzli do zasłon i włócznie, ale to taki kicz, że na razie poczeka na coś lepszego. Ma dziury nie tylko na pupie, ale też w policzkach, bo mu włożyłam kościaną ozdobę jak na Zulusa przystało. 





I jeszcze dwie lalki, które są za mną od najdawniejszych lat. Pierwsza długo nie miała imienia, a motywację zawdzięcza Dollbbyiemu - wielkie dzięki. Teraz ma na imię Ela. Mam nawet gdzieś swoje zdjęcie zrobione w żłobku, jak ją trzymam w objęciach.






Bez sygnaturki, ale te lalki były produkowane przez małe fabryki: spółdzielnie pracy chronionej lub inwalidów. Włosy ma wygrawerowane na plastykowej główce.
I jeszcze Ania. Popularna lalka w latach 70 - tych. Ta akurat wyprodukowana jest przez Chemiczną Spółdzielnię Pracy "Pomoc" zanim przekształciła się w Krakowską Wytwórnie Lalek "Krawal". 
Anią bawiłam się całe dzieciństwo, zabierałam ją wszędzie ze sobą jest więc mocno zużyta. Została u mnie z sentymentu - wiedziałam, że jej nikomu nie dam. Modne były wtedy lalki z Niemiec z dziurką w buzi, które piły i siusiały. Ja poszłam krok dalej. Przecięłam Ani żyletką usta tak, aby mogła nie tylko pić ale i jeść. Jeść a i owszem mogła, wydalać już niekoniecznie. Skutkiem tego wszystko co połknęła najnormalniej w świecie psuło się w jej brzuchu (a łykała rożne rzeczy: niedojedzone drugie śniadanie, słodycze, zupkę z trawy i kwiatów, jedzenie z plasteliny). Moja mama co wieczór gdy już spałam wyjmowała głowę, czyściła to wszystko, myła, wkładała na powrót głowę, aby rano lalka mogła zjeść grysik na śniadanie. A oto i Ania w całej okazałości. Sukienka jest nowsza niż lalka, ale w duchu epoki.





Sentymentów na dziś wystarczy, ale temat lalek z PRL - u nie został jeszcze prze ze mnie wyczerpany.

Udostępnij ten post

5 komentarzy :

  1. Swego czasu na moim blogu też wspominałam tego murzynka, pamietam, że miał spódniczkę z frędzli (takie same frędzle miało wiele abażurów) i naklejkę w kształcie korali. Miałam taką lalę jak Ala, dostałam ją koło 1985 roku, z Białorusi przyjechała. Dla mnie czasy PRL były czasami szczęśliwego dzieciństwa, byłam czysta i najedzona, może nie miałam ubrań ani zabawek w takiej obfitości, jak teraz mogą mieć dzieci, ale nie żałuję i zawsze będę mile wspominać tamten czas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dokładnie murzynek miał frędzlowatą spódniczkę oraz frędzle wokół kostek i nadgarstków, dlatego uszyłam mu już przed laty podobny strój, ale go zdjęłam bo wstyd było mu w czymś takim chodzić; dla mnie dziecięce czasy były super i też będę je miło wspominać bez względu na zło komunizmu

      Usuń
  2. ha - bierki i moja pociecha polubiła - (13lat),
    choć nie jest zadowolona, że to ja wygrywam,
    ale cóż - lata doświadczeń...

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam grupe na Facebooku pt Stare zabawki czy dołączy pani do nas ? :)https://www.facebook.com/groups/1653770528194688/?ref=bookmarks

    OdpowiedzUsuń